piątek, 24 lipca 2026

 

Dlaczego tak trudno nam się porozumieć?

Obejrzałem rozmowę księdza Szymona Bańki z Bractwa św. Piusa X i księdza Orfeusza Malesy u Bogdana Rymanowskiego. Szczerze mówiąc, liczyłem na to, że po tej debacie będę wiedział więcej. Że dwóch księży spokojnie przedstawi swoje argumenty, a zwykły katolik będzie mógł zrozumieć, o co właściwie chodzi. Zamiast prostych odpowiedzi zobaczyłem jednak, jak bardzo dwie strony mogą mówić o tym samym Kościele, a jednocześnie żyć jakby w dwóch różnych światach.

Tematem rozmowy była między innymi sprawa czterech biskupów wyświęconych przez Bractwo św. Piusa X bez zgody papieża Leona XIV. Bractwo tłumaczyło swoją decyzję koniecznością zachowania ciągłości i obrony Tradycji. Rzym uznał ją za jawne nieposłuszeństwo i poważne uderzenie w jedność Kościoła.

I tutaj zaczyna się problem. Ksiądz Bańka przekonuje, że kryzys w Kościele jest tak poważny, iż trzeba było podjąć nadzwyczajne działania. Ksiądz Malesa odpowiada, że Kościoła nie można ratować przez działanie wbrew papieżowi. Obaj mówią o wierności. Obaj twierdzą, że zależy im na Kościele. Tylko każdy zupełnie inaczej rozumie, czym ta wierność właściwie jest.

A co ma z tym zrobić zwykły człowiek? 

 

Ktoś, kto nie zna dokładnie prawa kanonicznego, nie przeczytał wszystkich dokumentów soborowych i nie analizuje każdego zdania wypowiadanego przez papieża? Ma wybrać tego księdza, który mówi bardziej przekonująco? Tego, którego już wcześniej lubił? A może tego, który lepiej odpowiada jego obecnemu spojrzeniu na Kościół?

Sam cenię Tradycję. Uważam, że w Kościele potrzebni są ludzie, którzy dbają o piękno liturgii, powagę sakramentów i pamięć o tym, co otrzymaliśmy od poprzednich pokoleń. Człowiek kochający Mszę trydencką nie staje się przez to fanatykiem ani przeciwnikiem Kościoła. Sam często rozumiem niepokój tradycjonalistów i nie ze wszystkimi decyzjami Stolicy Apostolskiej muszę się przecież zgadzać.

Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy prawie każdy ruch Rzymu jest od razu uznawany za zły, podejrzany albo modernistyczny. Dlatego chciałbym czasem usłyszeć nie tylko, z czym środowiska związane z Bractwem się nie zgadzają. Chciałbym również usłyszeć, z czym się zgadzają. Jaką decyzję papieża przyjęły dobrze? Który gest Stolicy Apostolskiej uznały za wartościowy? Co w obecnym Kościele, oprócz samej Tradycji, widzą jako dobre?

Bo jeżeli odpowiedzią na niemal wszystko jest krytyka, to trudno później dziwić się, że druga strona przestaje mieć ochotę na rozmowę.

To trochę jak z sąsiadem, który jest do ciebie stale nastawiony wrogo. Krytykuje wszystko, co robisz, przypisuje ci najgorsze intencje, a każdy twój ruch interpretuje przeciwko tobie. Czy po kilku latach takiej relacji będziesz chciał zaprosić go na kawę i szczerze z nim porozmawiać? Być może powinieneś. Tylko że po ludzku będzie to coraz trudniejsze.

Mam wrażenie, że podobnie wygląda dziś relacja między Bractwem a Stolicą Apostolską. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o przywiązaniu do Kościoła i uznawaniu papieża. Z drugiej strony pojawia się pytanie, co to uznawanie oznacza w praktyce, jeżeli najważniejszą decyzję można odrzucić wtedy, gdy uzna się ją za niesłuszną.

Można krytykować papieża. Papież nie jest człowiekiem, który nie może popełnić błędu w żadnej sprawie. Ale jeśli uznajemy jego władzę tylko wtedy, kiedy jego decyzje zgadzają się z naszym zdaniem, to czy rzeczywiście jeszcze ją uznajemy? Łatwo powiedzieć: „uznaję papieża”. Znacznie trudniej pozostać posłusznym wtedy, gdy zupełnie się z nim nie zgadzamy.

Po tej rozmowie było mi bliżej do argumentów księdza Malesy. Nie dlatego, że odpowiedział na wszystkie pytania ani dlatego, że uważam każdą decyzję Stolicy Apostolskiej za idealną. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić Kościoła, w którym każda grupa sama ustala, kiedy decyzje papieża obowiązują, a kiedy wolno je odrzucić w imię wyższej konieczności. Za chwilę każdy będzie przecież miał swoją konieczność i swoją wersję prawdziwego Kościoła.

Najbardziej martwi mnie jednak coś innego. Coraz rzadziej naprawdę ze sobą rozmawiamy. Słuchamy drugiego człowieka tylko po to, żeby znaleźć słaby punkt w jego wypowiedzi. Zanim skończy zdanie, już wiemy, że jest modernistą, schizmatykiem, liberałem albo fanatykiem. Nie próbujemy zrozumieć. Próbujemy wygrać.

A przecież nie każda różnica zdań musi kończyć się wojną. Można kochać Tradycję i pozostać w jedności z Rzymem. Można zwracać uwagę na błędy ludzi Kościoła, nie podważając przy tym samego Kościoła. Można też dopuścić do siebie myśl, że nie wszystko rozumiemy i że być może w niektórych sprawach sami możemy się mylić.

Na ten temat nagrałem również osobny film, w którym komentuję rozmowę księdza Bańki i księdza Malesy u Bogdana Rymanowskiego. Mówię w nim szerzej o tym, dlaczego po tej debacie było mi bliżej do argumentów księdza Malesy, ale również dlaczego nie zgadzam się z bezmyślnym atakowaniem wszystkich tradycjonalistów.

Mój komentarz możecie obejrzeć tutaj:



Zachęcam do obejrzenia i podzielenia się swoim zdaniem. Nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy myśleli identycznie. Chodzi o to, żebyśmy potrafili się różnić bez natychmiastowego oskarżania drugiej strony o zdradę Kościoła. Bo jeżeli rozmowę zastąpimy wyłącznie oskarżeniami, to pozostanie już tylko walka, w której wszyscy zapewniają, że bronią Kościoła, a sam Kościół staje się coraz bardziej podzielony.

piątek, 10 lipca 2026

 

Czy można bronić Tradycji, ciągle walcząc z Rzymem?

Sprawa czterech nowych biskupów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X znowu pokazała, jak bardzo podzielony jest dziś Kościół. Biskupi zostali wyświęceni bez zgody papieża Leona XIV, mimo jego apelu, żeby Bractwo się wycofało. Bractwo tłumaczyło, że zrobiło to z konieczności, aby zachować możliwość udzielania święceń i bierzmowania w tradycyjnym rycie. Stolica Apostolska uznała jednak ten czyn za zerwanie jedności i nałożyła ekskomunikę na uczestniczących w nim biskupów. (vaticannews.va)

Nie piszę tego jako przeciwnik tradycjonalistów. Wręcz przeciwnie. Uważam, że są w Kościele potrzebni. Ktoś musi przypominać o liturgii, ciągłości nauczania, powadze wiary i o tym, że Kościół nie zaczął się kilkadziesiąt lat temu. Sam często rozumiem ich obawy i czasami również nie podoba mi się kierunek, w którym idą niektóre środowiska kościelne.

Tylko że kiedy zacząłem bardziej interesować się Bractwem św. Piusa X i związanymi z nim środowiskami, zauważyłem pewien problem. Mam wrażenie, że cokolwiek zrobi Rzym, odpowiedź jest prawie zawsze negatywna. Papież coś mówi – źle. Biskupi wydają dokument – źle. Pojawia się próba rozmowy – za mało. Pojawia się ostrzeżenie – prześladowanie. Zapada decyzja – nieważna, niesprawiedliwa albo niekatolicka.

I naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć nie tylko, z czym Bractwo się nie zgadza, ale również z czym się zgadza. Jaką konkretnie decyzję obecnego papieża uznaje za dobrą? Jaki ruch Stolicy Apostolskiej przyjęło bez natychmiastowego szukania w nim zdrady, modernizmu albo ataku na Tradycję?

Bractwo podkreśla, że uznaje papieża i nie chce tworzyć równoległego Kościoła. Tak właśnie napisano również przed konsekracjami. Po nałożeniu kar jego przełożony ponownie zapewnił Leona XIV o przywiązaniu do Kościoła, jednocześnie nazywając decyzję Rzymu niesprawiedliwą i nieważną. (fsspx.news) I właśnie tutaj pojawia się pytanie: co w praktyce oznacza uznawanie papieża, jeżeli w najważniejszej sprawie robi się coś wprost przeciwko jego decyzji?

Nie twierdzę, że cała wina leży po jednej stronie. Być może Rzym powinien był słuchać uważniej. Być może osobiste spotkanie papieża z przełożonym Bractwa mogło coś zmienić. Być może przez lata zmarnowano wiele okazji. Ale trudno też oczekiwać spokojnej rozmowy, kiedy jedna ze stron niemal bez przerwy oskarża drugą o niszczenie Kościoła.

To trochę jak z sąsiadem, który przy każdej okazji mówi, że jesteś głupi, nieuczciwy i wszystko robisz źle. Narzeka na twój dom, rodzinę, ogród i samochód. Co chwilę robi ci pod górkę, ale jednocześnie dziwi się, że nie zapraszasz go na kawę. Teoretycznie można powiedzieć, że powinniście usiąść i porozmawiać. Tylko czy po latach ciągłych ataków naprawdę będziesz miał na to ochotę?

Mam wrażenie, że podobnie wygląda dziś relacja między Bractwem a Stolicą Apostolską. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o miłości do Kościoła i papieża. Z drugiej praktycznie każda wypowiedź Rzymu jest przedstawiana jako kolejny dowód kryzysu.

Można bronić Tradycji. Można krytykować złe decyzje. Można zadawać trudne pytania papieżowi i biskupom. Ale jeżeli krytyka staje się jedynym językiem, to w pewnym momencie nie ma już rozmowy. Jest tylko walka, w której każda strona czeka na kolejny błąd przeciwnika.

I chyba właśnie to najbardziej mnie w tej sytuacji martwi. Nie sama różnica zdań, ale to, że coraz mniej osób naprawdę chce się porozumieć. Wszyscy zapewniają, że walczą o dobro Kościoła, tylko po tej walce Kościół jest coraz bardziej podzielony.

piątek, 3 lipca 2026

Wakacje i poważny wybór przed nami?

 

    Wakacyjny vibe


Fotografia Katolicka Codzienność
Fot. Katolicka Codzienność - Szwecja - Ahus

    Zaczyna się ten moment w roku, kiedy człowiek powinien trochę zwolnić i nie kontrolować wszytkiego. 

    Niektórzy żyją tak, jakby nawet urlop był kolejnym zadaniem do wykonania. Zadaniem, w którym trzeba dobrze wypaść, mieć piękne zdjęcia i pochwalić się nimi w social mediach. Żeby to osiągnąć, trzeba gdzieś pojechać. Trzeba odpocząć „porządnie” i na pewno nie w Polsce. Czy tak właśnie powinno to wyglądać? 

    Może czasem trzeba po prostu powariować. Pojechać nad wodę, zjeść coś niezdrowego, pośmiać się, zatańczyć, przegrać w planszówkę z dzieckiem i nie robić z tego dramatu. Usiąść wieczorem i nie mieć żadnego wielkiego planu.

    Pierwszy piątek lipca ma w sobie coś symbolicznego. Uważam, że to jest właśnie pewien czas wyboru. Czy przeżyjesz wakacje na luzie, ale z Bogiem? 

    Wakacje to niezwykły czas. Nasze dzieci mają okazję nauczyć się ciekawych rzeczy odkrywając każdego dnia coś nowego, coś wspaniałego. My z kolei mamy niesamowitą okazję do tego aby im towarzyszyć. 

    Pamiętaj, zChrystus chodził na uczty. Rozmawiał z ludźmi. Był blisko zwyczajnego życia. Nie siedział z miną człowieka, który każdemu psuje wesele. Pierwszy cud zrobił przecież na weselu w Kanie. 

    Ja przeżyłem właśnie niezwykłą podróż z synem. Zaczęliśmy wakacje od spędzenia czasu razem - ojciec z synem. Wiele się dowiedzieliśmy i wiele ciekawych miejsc zobaczyliśmy. Byliśmy na pięciodniowym spływie kajakowym. Pływaliśmy z całym ekwipunnkiem, spaliśmy w hamakach, codziennie rozpalaliśmy ogniska i piekliśmy sobie kiełbaski. Sama wyprawa była wymagająca i dająca dużo satysfakcji.  Ale co mnie bardzo wzruszyło, mój syn poszedł ze mną do Kościoła na mszę. 

    Tym razem nic nie marudził tylko po prostu poszedł i uczestniczył we mszy. Jest już dorosły i od dłuższego czasu nie czuje przywiązania do Kościoła. Tym bardziej nie wierzyłem własnym oczom. Sprawił mi tym ogromną radość.  

    I może to jest dobra myśl na początek urlopu: odpoczynek też może być święty. Śmiech też może być dobry. Zabawa też może być ludzka, piękna i potrzebna.

    Więc w te wakacje spróbujmy trochę mniej udawać poważnych ludzi. Mniej się napinać. Mniej żyć pod ocenę innych. A więcej być. Z rodziną. Z przyjaciółmi. Z Bogiem. Ze sobą.

    Bo czasem człowiek wraca do życia nie wtedy, kiedy wszystko ogarnie, ale wtedy, kiedy wreszcie pozwoli sobie na radość.

  Dlaczego tak trudno nam się porozumieć? Obejrzałem rozmowę księdza Szymona Bańki z Bractwa św. Piusa X i księdza Orfeusza Malesy u Bogdana...