Dlaczego tak trudno nam się porozumieć?
Obejrzałem rozmowę księdza Szymona Bańki z Bractwa św. Piusa X i księdza Orfeusza Malesy u Bogdana Rymanowskiego. Szczerze mówiąc, liczyłem na to, że po tej debacie będę wiedział więcej. Że dwóch księży spokojnie przedstawi swoje argumenty, a zwykły katolik będzie mógł zrozumieć, o co właściwie chodzi. Zamiast prostych odpowiedzi zobaczyłem jednak, jak bardzo dwie strony mogą mówić o tym samym Kościele, a jednocześnie żyć jakby w dwóch różnych światach.
Tematem rozmowy była między innymi sprawa czterech biskupów wyświęconych przez Bractwo św. Piusa X bez zgody papieża Leona XIV. Bractwo tłumaczyło swoją decyzję koniecznością zachowania ciągłości i obrony Tradycji. Rzym uznał ją za jawne nieposłuszeństwo i poważne uderzenie w jedność Kościoła.
I tutaj zaczyna się problem. Ksiądz Bańka przekonuje, że kryzys w Kościele jest tak poważny, iż trzeba było podjąć nadzwyczajne działania. Ksiądz Malesa odpowiada, że Kościoła nie można ratować przez działanie wbrew papieżowi. Obaj mówią o wierności. Obaj twierdzą, że zależy im na Kościele. Tylko każdy zupełnie inaczej rozumie, czym ta wierność właściwie jest.
A co ma z tym zrobić zwykły człowiek?
Ktoś, kto nie zna dokładnie prawa kanonicznego, nie przeczytał wszystkich dokumentów soborowych i nie analizuje każdego zdania wypowiadanego przez papieża? Ma wybrać tego księdza, który mówi bardziej przekonująco? Tego, którego już wcześniej lubił? A może tego, który lepiej odpowiada jego obecnemu spojrzeniu na Kościół?
Sam cenię Tradycję. Uważam, że w Kościele potrzebni są ludzie, którzy dbają o piękno liturgii, powagę sakramentów i pamięć o tym, co otrzymaliśmy od poprzednich pokoleń. Człowiek kochający Mszę trydencką nie staje się przez to fanatykiem ani przeciwnikiem Kościoła. Sam często rozumiem niepokój tradycjonalistów i nie ze wszystkimi decyzjami Stolicy Apostolskiej muszę się przecież zgadzać.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy prawie każdy ruch Rzymu jest od razu uznawany za zły, podejrzany albo modernistyczny. Dlatego chciałbym czasem usłyszeć nie tylko, z czym środowiska związane z Bractwem się nie zgadzają. Chciałbym również usłyszeć, z czym się zgadzają. Jaką decyzję papieża przyjęły dobrze? Który gest Stolicy Apostolskiej uznały za wartościowy? Co w obecnym Kościele, oprócz samej Tradycji, widzą jako dobre?
Bo jeżeli odpowiedzią na niemal wszystko jest krytyka, to trudno później dziwić się, że druga strona przestaje mieć ochotę na rozmowę.
To trochę jak z sąsiadem, który jest do ciebie stale nastawiony wrogo. Krytykuje wszystko, co robisz, przypisuje ci najgorsze intencje, a każdy twój ruch interpretuje przeciwko tobie. Czy po kilku latach takiej relacji będziesz chciał zaprosić go na kawę i szczerze z nim porozmawiać? Być może powinieneś. Tylko że po ludzku będzie to coraz trudniejsze.
Mam wrażenie, że podobnie wygląda dziś relacja między Bractwem a Stolicą Apostolską. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o przywiązaniu do Kościoła i uznawaniu papieża. Z drugiej strony pojawia się pytanie, co to uznawanie oznacza w praktyce, jeżeli najważniejszą decyzję można odrzucić wtedy, gdy uzna się ją za niesłuszną.
Można krytykować papieża. Papież nie jest człowiekiem, który nie może popełnić błędu w żadnej sprawie. Ale jeśli uznajemy jego władzę tylko wtedy, kiedy jego decyzje zgadzają się z naszym zdaniem, to czy rzeczywiście jeszcze ją uznajemy? Łatwo powiedzieć: „uznaję papieża”. Znacznie trudniej pozostać posłusznym wtedy, gdy zupełnie się z nim nie zgadzamy.
Po tej rozmowie było mi bliżej do argumentów księdza Malesy. Nie dlatego, że odpowiedział na wszystkie pytania ani dlatego, że uważam każdą decyzję Stolicy Apostolskiej za idealną. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić Kościoła, w którym każda grupa sama ustala, kiedy decyzje papieża obowiązują, a kiedy wolno je odrzucić w imię wyższej konieczności. Za chwilę każdy będzie przecież miał swoją konieczność i swoją wersję prawdziwego Kościoła.
Najbardziej martwi mnie jednak coś innego. Coraz rzadziej naprawdę ze sobą rozmawiamy. Słuchamy drugiego człowieka tylko po to, żeby znaleźć słaby punkt w jego wypowiedzi. Zanim skończy zdanie, już wiemy, że jest modernistą, schizmatykiem, liberałem albo fanatykiem. Nie próbujemy zrozumieć. Próbujemy wygrać.
A przecież nie każda różnica zdań musi kończyć się wojną. Można kochać Tradycję i pozostać w jedności z Rzymem. Można zwracać uwagę na błędy ludzi Kościoła, nie podważając przy tym samego Kościoła. Można też dopuścić do siebie myśl, że nie wszystko rozumiemy i że być może w niektórych sprawach sami możemy się mylić.
Na ten temat nagrałem również osobny film, w którym komentuję rozmowę księdza Bańki i księdza Malesy u Bogdana Rymanowskiego. Mówię w nim szerzej o tym, dlaczego po tej debacie było mi bliżej do argumentów księdza Malesy, ale również dlaczego nie zgadzam się z bezmyślnym atakowaniem wszystkich tradycjonalistów.
Mój komentarz możecie obejrzeć tutaj:
Zachęcam do obejrzenia i podzielenia się swoim zdaniem. Nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy myśleli identycznie. Chodzi o to, żebyśmy potrafili się różnić bez natychmiastowego oskarżania drugiej strony o zdradę Kościoła. Bo jeżeli rozmowę zastąpimy wyłącznie oskarżeniami, to pozostanie już tylko walka, w której wszyscy zapewniają, że bronią Kościoła, a sam Kościół staje się coraz bardziej podzielony.
