Czy można bronić Tradycji, ciągle walcząc z Rzymem?
Sprawa czterech nowych biskupów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X znowu pokazała, jak bardzo podzielony jest dziś Kościół. Biskupi zostali wyświęceni bez zgody papieża Leona XIV, mimo jego apelu, żeby Bractwo się wycofało. Bractwo tłumaczyło, że zrobiło to z konieczności, aby zachować możliwość udzielania święceń i bierzmowania w tradycyjnym rycie. Stolica Apostolska uznała jednak ten czyn za zerwanie jedności i nałożyła ekskomunikę na uczestniczących w nim biskupów. (vaticannews.va)
Nie piszę tego jako przeciwnik tradycjonalistów. Wręcz przeciwnie. Uważam, że są w Kościele potrzebni. Ktoś musi przypominać o liturgii, ciągłości nauczania, powadze wiary i o tym, że Kościół nie zaczął się kilkadziesiąt lat temu. Sam często rozumiem ich obawy i czasami również nie podoba mi się kierunek, w którym idą niektóre środowiska kościelne.
Tylko że kiedy zacząłem bardziej interesować się Bractwem św. Piusa X i związanymi z nim środowiskami, zauważyłem pewien problem. Mam wrażenie, że cokolwiek zrobi Rzym, odpowiedź jest prawie zawsze negatywna. Papież coś mówi – źle. Biskupi wydają dokument – źle. Pojawia się próba rozmowy – za mało. Pojawia się ostrzeżenie – prześladowanie. Zapada decyzja – nieważna, niesprawiedliwa albo niekatolicka.
I naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć nie tylko, z czym Bractwo się nie zgadza, ale również z czym się zgadza. Jaką konkretnie decyzję obecnego papieża uznaje za dobrą? Jaki ruch Stolicy Apostolskiej przyjęło bez natychmiastowego szukania w nim zdrady, modernizmu albo ataku na Tradycję?
Bractwo podkreśla, że uznaje papieża i nie chce tworzyć równoległego Kościoła. Tak właśnie napisano również przed konsekracjami. Po nałożeniu kar jego przełożony ponownie zapewnił Leona XIV o przywiązaniu do Kościoła, jednocześnie nazywając decyzję Rzymu niesprawiedliwą i nieważną. (fsspx.news) I właśnie tutaj pojawia się pytanie: co w praktyce oznacza uznawanie papieża, jeżeli w najważniejszej sprawie robi się coś wprost przeciwko jego decyzji?
Nie twierdzę, że cała wina leży po jednej stronie. Być może Rzym powinien był słuchać uważniej. Być może osobiste spotkanie papieża z przełożonym Bractwa mogło coś zmienić. Być może przez lata zmarnowano wiele okazji. Ale trudno też oczekiwać spokojnej rozmowy, kiedy jedna ze stron niemal bez przerwy oskarża drugą o niszczenie Kościoła.
To trochę jak z sąsiadem, który przy każdej okazji mówi, że jesteś głupi, nieuczciwy i wszystko robisz źle. Narzeka na twój dom, rodzinę, ogród i samochód. Co chwilę robi ci pod górkę, ale jednocześnie dziwi się, że nie zapraszasz go na kawę. Teoretycznie można powiedzieć, że powinniście usiąść i porozmawiać. Tylko czy po latach ciągłych ataków naprawdę będziesz miał na to ochotę?
Mam wrażenie, że podobnie wygląda dziś relacja między Bractwem a Stolicą Apostolską. Z jednej strony słyszymy zapewnienia o miłości do Kościoła i papieża. Z drugiej praktycznie każda wypowiedź Rzymu jest przedstawiana jako kolejny dowód kryzysu.
Można bronić Tradycji. Można krytykować złe decyzje. Można zadawać trudne pytania papieżowi i biskupom. Ale jeżeli krytyka staje się jedynym językiem, to w pewnym momencie nie ma już rozmowy. Jest tylko walka, w której każda strona czeka na kolejny błąd przeciwnika.
I chyba właśnie to najbardziej mnie w tej sytuacji martwi. Nie sama różnica zdań, ale to, że coraz mniej osób naprawdę chce się porozumieć. Wszyscy zapewniają, że walczą o dobro Kościoła, tylko po tej walce Kościół jest coraz bardziej podzielony.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz